No dobra, nie 20000 mil tylko 18559 km (według City Distance Tool) ale i tak podróż zacna.
Całą podróż rozpocząłem na Okęciu od półgodzinnego opóźnienia odlotu. Pierwszy minus dla Turkish Airlines. Sam dwugodzinny lot dosyć nudny, pod koniec lotu dali jeść (jedzenie takie sobie, ale drugiego minusa na razie nie daję). Istambuł z góry to jeden z piękniejszych widoków, jakie widziałem w życiu, sam lot nad Morzem Czarnym też cudny (polecam siedzenie od okna i lot w ciągu dnia).
Sam pobyt na lotnisku w Istambule to coś, czego pewnie nie zapomnę do końca życia i pewnie jeszcze niejeden raz będę przeklinał.
Zaczęło się całkiem niewinnie, od próby odpalenia komórki – niestety, żadna z sieci tureckich nie współpracuje z Plusem. Potem próbowałem znaleźć jakąkolwiek kafejkę internetową i kolejna porażka: tylko hotspoty. Wymieniłem 20USD, co wystarczyło mi aż na dwie kawy, a potem doszedłem do wniosku, że zapalę sobie fajkę, skoro mam spędzić na lotnisku 6 godzin. No i okazało się, że na całym lotnisku nie ma ani jednej wyznaczonej palarni. No nic to, jesteśmy przecież w Unii, Turcja chce się tam wbić, więc może wyskoczę sobie do miasta na kilka godzin? Kolejny zonk: wymagana jest wiza, która kosztuje 30USD. No sorry, aż tak nałogowym palaczem to ja nie jestem. Ale gdybym był, to niespodziewane 19 godzin (2 z Warszawy, 6 na lotnisku i 11 do Hong Kongu) bez dymka by mnie trochę zirytowało.
Z rozrywek na lotnisku mają sklepy. Dużo sklepów. Dużo sklepów grających głośną turecką muzykę. Każdy sklep inną…
Potem kolejne 11 godzin lotu do Hong Kongu, również Turkish Airlines. Samolot, nie powiem, sympatyczny, oddzielne ekraniki z tyłu foteli (chociaż wybór filmów beznadziejny – najnowszy był Slumdog, nie to, co w Thai Airways: filmy, które dopiero co weszły do kin albo i nawet jeszcze nie). Za to towarzystwo… Siedziałem przy oknie, obok mnie Turek, który zagadywał mnie co chwila próbując mówić po angielsku co mu zdecydowanie nie wychodziło. Trzeci fotel zajmował dziadek, któremu bardzo przeszkadzało powietrze z nawiewu, z dziesięć razy wstawał i desperacko poszukiwał źródła atakującego go wiatru. W końcu wyszło mu, że to mój nawiew mu tak przeszkadza… A na dokładkę babka przede mną rozwaliła się w fotelu, kiedy tylko w nim usiadła, stewardessy trzy razy musiały jej mówić, żeby wyprostowała fotel na czas startu a do jej małej blond główki chyba nic nie docierało, bo lądowanie również przeżyłem z jej fotelem przed samym nosem.
Teraz posiłki – oczywiście nikt nie wiedział, że ja to bezmięsny jestem, więc musiałem się wykłócać ze stewardessami. Bo co to mnie niby obchodzi, że ktoś komuś czegoś nie przekazał? Pieczywa też nie mogłem jeść, bo gadatliwy Turek z fotela obok chciał być chyba jeszcze bardziej pomocny i kiedy stewardessa wyciągała w moim kierunku bułkę trzymaną w szczypcach, ten brał ją w swoje łapy i kładł na talerzu. Obrzydlistwo.
Na sam koniec okazało się (już w Auckland), że ktoś mi się włamał do walizki – podejrzewam, że w Istambule – wyrwał zamek z kodem, przetrzepał cały bagaż i ukradł… szczotkę do włosów. Z jednej strony bardzo się cieszę, że nie zginęło nic cenniejszego, ale z drugiej strony, jak pomyślę, po co komuś używana szczotka do włosów i co z nią będzie robił…
Wróćmy do rzeczy przyjemniejszych, czyli Hong Kongu. Oprócz 200% wilgotności powietrza i tej cholernej babki z samolotu, która musiała akurat przede mną stanąć w kolejce do odprawy i musiała zadawać miliardy pytań, temu lotnisku nie mam nic do zarzucenia. No może jedynie, że kiedy leciałem przez Hong Kong 2 lata temu, internet był za darmo, a teraz trzeba było coś kupić w knajpce, żeby mieć 30-minutowy dostęp. Jako, że i tak chciało mi się pić, nie była to wielka strata, przez 30 minut rozesłałem maile z informacją, że żyję (chociaż komórka też działała), przeczekałem kolejne 6 godzin i wsiadłem w samolot do Auckland.
Nie mam pojęcia, czemu Cathay Pacific ma, jako jedna z nielicznych linii, pięć gwiazdek, podczas gdy Thay Airways (moim zdaniem niedościgniony wzór) tylko cztery. Ekraniki w fotelach były, ale wyświetlały tylko „wspólne” filmy (znaczy jak się nie załapiesz na początek, to nie da rady, nie przewiniesz) i plan lotu. Siedziałem od okna (lubię to, podczas lotu i tak się z fotela nie ruszam a zawsze to fajnie ładne widoki podczas startu i lądowania pooglądać), obok mnie starsza pani Kiwuska, która w przeciwieństwie do Turka nie starała mi się umilać podróży rozmową tylko grzecznie poszła spać. Co i ja uczyniłem. Niestety, fotele są mało wygodne (w końcu to Airbus) i wierciłem się strasznie.
No a potem już było Auckland, piękny widok z góry podczas podchodzenia do lądowania, szybkie wbicie wizy na 3 lata do paszportu i rozpoczęcie nowego rozdziału w moim życiu…