Pierwsza podstawowa zasada w Auckland – chcesz przeżyć, kup samochód. Bez samochodu nie załatwisz nic. Wszystko jest zbyt daleko, żeby iść na piechotę, rower też odpada, chyba że ktoś bardzo lubi moknąć i być co chwila prawie rozjechanym przez samochody. Komunikacja miejska? Hehe, dobre
Autobusy sobie jeżdżą, niby można wszystko sprawdzić na sieci, ale trasy ewentualnej podróży są zupełnie inne w zależności od godziny, więc wystarczy, że w sklepie, urzędzie czy gdziekolwiek będziesz 10 minut dłużej niż zakładał plan i nagle się okaże, że zamiast jechać przez Otahuhu jedziesz przez CBD i to zupełnie innymi autobusami. A nie sprawdzisz tego przecież bez dostępu do sieci.
Samochód jest więc tutaj niezbędny do wszystkiego – do zakupów, do jeżdżenia do pracy, no po prostu do życia. Jako, że każdy wychodzi z tego założenia, Auckland ma jeden z najwyższych na świecie stosunek liczby samochodów do liczby mieszkańców. Korki są przerażające, ale na szczęście większość ludzi korzysta z głównych tras przelotowych, więc szybko można opracować trasy zastępcze.
Jeśli chodzi o kulturę na drodze, to wciąż nie mogę otrząsnąć się z szoku – jeśli sygnalizujesz, że chcesz zmienić pas, ludzie ci tutaj ustąpią! Kiedy pasy się łączą, każdy grzecznie jedzie “na zamek błyskawiczny” (dla niezorientowanych w temacie – raz jedzie samochód z jednego pasa, raz z drugiego) i – informacja dla warszawiaków – okazuje się, że jednak się da
Nikt też nie wjeżdża na chama w ostatniej chwili na skrzyżowanie, kiedy wiadomo, że nie będzie w stanie z niego zjechać i nie blokuje drogi poprzecznej.
Bardzo fajnym wynalazkiem jest median flush – szeroki pas po środku drogi pomalowany w równoległe pasy służący zasadniczo do skręcania w prawo. Jest to wygodne zarówno kiedy jedziesz główną drogą i chcesz z niej zjechać (bo wjeżdżasz wtedy na median flush i nie blokujesz drogi tym za tobą), jak i wtedy kiedy chcesz wjechać na główną drogę (bo zamiast czekać, aż z obydwu stron będzie pusto, czekasz tylko, aż będzie wolne z prawej, po czym wbijasz się na median i czekasz, aż z lewej będzie wolne).
Teraz trochę o tym, co może być uciążliwe – przede wszystkim sygnalizacja świetlna. Nowa Zelandia nie dorobiła się jeszcze schematu świateł po tytułem: czerwone, czerwone+żółte, zielone, żółte, czerwone. Tutaj jest to: czerwone, zielone, żółte, czerwone. Czyli z zaskoczenia nagle możesz jechać, co oczywiście powoduje często zagapienie i cały rząd samochodów grzecznie sobie stoi na zielonym.
Oprócz tego odrobinę upierdliwe jest olewanie kierunkowskazów. Jako, że zgodnie z przepisami samochód skręcający w prawo ma pierwszeństwo przed skręcającym w lewo (bo przepuszcza się samochód z prawej), ale samochód skręcający w prawo musi ustąpić samochodom jadącym prosto – wielu kierowców po prostu nie sygnalizuje, że będzie skręcać w lewo i skręcają “na partyzanta”.
Teraz o klaksonach. Klaksony generalnie służą do wyrażenia swojego niezadowolenia z faktu stania w korku. Oczywiście korka to nie rozładuje, ale zawsze jest to jakaś rozrywka…
Kolejna rzecz to komórki. Tak, drogie dzieci, tutaj nie tylko nie ma zakazu rozmawiania przez komórki, ale rząd apeluje do kierowców, żeby raczyli się powstrzymać od czytania i wysyłania smsów podczas jazdy
Generalnie jednak jazda samochodem jest tutaj lekka, łatwa i przyjemna. Nawet jazda po lewej stronie nie jest specjalnym problemem i osobiście uważam, że jest to bardziej naturalne od jeżdżenia po lewej. Zwłaszcza na rondach nie ma problemu.
A, jeszcze jedno… Litr benzyny kosztuje tutaj tyle, co paczka Tic-taków czy gazeta codzienna


