Jeszcze zanim przyjechałem do Nowej Zelandii, wiele słyszałem o tutejszych dentystach, głównie w kontekście tego, ile kosztuje wizyta u nich. Przezornie więc wyleczyłem zębiszcza przed podróżą.
Niestety zębiszcza wytrzymały tylko pół roku, po czym pół jednego odpadło. Na szczęście (w nieszczęściu) był to akurat ząb martwy, po leczeniu kanałowym, bo bym chyba zdechł z bólu. Zaniepokojony bardziej przyszłością mojego portfela niż paszczęki, dopytałem się ludzi z roboty i odrobinę struchlałem, kiedy usłyszałem, że “przyjemność” pobytu u dentysty będzie mnie kosztować od 300 do nawet 700 (według jednego z Chińczyków) dolarów.
Cóż jednak robić…? Dziura w zębie irytuje, zostawić nie mogę, bo się całkiem rozleci, trudno, najwyżej nie będę jadł przez parę dni (w sumie to też zależy od dentysty
). Udałem się więc dzisiaj do pobliskiej przychodni. Na wstępie musiałem wypełnić ankietę medyczną, po czym usiadłem sobie w fotelu i czekałem koło 20 minut (zapamiętać, bo to istotne
). Potem przyszedł miły pan dentysta (potem okazało się, że tylko pomocnik), zaprowadził na fotel, no i się zaczęło.
Pierwsza rzecz – telewizor! Może ja jakiś zacofany w PLu byłem, ale z oglądaniem telewizji na fotelu dentystycznym to się jeszcze nie spotkałem. Potem miła pani dentystka (prawdziwa się okazało
) kazała mi otworzyć paszczękę, założyła mi na nos okulary przeciwsłoneczne (żeby mnie światło z lampy nie raziło) i… teraz będzie najlepsze: po 10 minutach było po wszystkim! A, tak przy okazji to jeszcze w tak zwanym “międzyczasie” rentgena zęba mi zrobili. Dwa razy dłużej siedziałem w poczekalni niż na fotelu! I jeszcze sobie telewizję mogłem pooglądać.
Pani dentystka obejrzała zęby, pochwaliła leczenie kanałowe, powiedziała, że reszta zębów w porządku, zaproponowała koronkę (do wyboru: złoto albo kolor naturalny, aż chyba sobie zafunduję złotego zęba
) i najmniej przyjemna część wizyty – płacimy przy kasie.
Pogłoski o mojej śmierci na skutek zawału przy ujrzeniu rachunku okazały się mocno przesadzone i wizyta kosztowała mnie “jedynie” 140$. W porównaniu do cen w Polsce to może być szokujące (w bezpośrednim przeliczeniu ponad 250 zł), ale tutaj, powiem szczerze, da się przeżyć. No, lepsze to niż te 700$, których się obawiałem.


